Jacek Krzemiński | 4.06.2021

Dlaczego odradzam przeprowadzkę do Warszawy?

Mieszkam w Warszawie od 25 lat i za miesiąc wyprowadzam się z niej. I bardzo z tego się cieszę. I bardzo Wam odradzam przeprowadzkę do stolicy.

To nie jest tak, że Warszawa nie ma dobrych stron. Owszem ma je i ma ich całkiem sporo. Gdy przeprowadziłem się z Krakowa do Warszawy, 25 lat temu, bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że warszawiacy są dużo bardziej otwarci niż krakusi i dużo bardziej szczodrzy. O tym opowiadał mi już wcześniej (przed moją przeprowadzką do stolicy) brat, studiujący w stolicy. Gdy chwytał się dorywczych prac u jakiegoś warszawiaka, np. związanych z budową czy z ogrodem, częste było to, że dostawał do ustalonej wcześniej zapłaty „napiwek”. Czyli więcej niż na początku się umawiał.

Ja z kolei doświadczyłem w stolicy tego, że tutaj nie liczyło się tak, jak w Krakowie, skąd jesteś i z jakiej rodziny jesteś. Że możesz być z tzw. prowincji i to nie ma większego znaczenia. Ważne było to, co masz w głowie, co umiesz, czy chce ci się pracować.
W Warszawie poznałem wielu wspaniałych ludzi. Moi przyjaciele i dobrzy znajomi to w większości warszawiacy. Rodowitą warszawianką jest moja żona.

Dlaczego więc odradzam przeprowadzkę do stolicy? Wymienię tylko najważniejsze powody.

Po pierwsze w Warszawie coraz gorzej się żyje. I to wynika głównie z tego, że władze stolicy jeszcze w latach 90. XX w. odpuściły sensowne planowanie miasta. Zaniedbały tworzenie lokalnych (tzw. miejscowych) planów zagospodarowania przestrzennego – dziś takimi planami jest objęte tylko 39 proc. powierzchni stolicy, choć wiele miast w Polsce ma ten wskaźnik na poziomie 80-90 proc. Pozwalały i wciąż pozwalają deweloperom na zbyt gęstą, zbyt intensywną zabudowę (bloki, które zajmują niemal całą działkę, wolnej przestrzeni, np. do rekreacji, jest przy nich bardzo niewiele) czy na to, żeby wciskali bloki (zwane na ogół – z marketingowych względów – apartamentowcami) między zabudowę jednorodzinną, co prowadzi do wielu lokalnych konfliktów. Pozwalają nawet na zabudowywanie terenów zielonych, np. lasów, co ma miejsce w mojej dzielnicy (Wesołej) czy w sąsiednim Wawrze. Choć wydawałoby się, że w tak dużym mieście każdy skrawek zieleni powinien być na wagę złota i jeśli są w nim lasy prywatne, których właściciele chcą je przekształcić na tereny budowlane, to miasto powinno je wykupić. Ale tak się nie dzieje, choć jeszcze przed II wojną światową ówczesny prezydent Warszawy, Stefan Starzyński, podjął decyzję, by wykupić od prywatnych właścicieli Las Kabacki. Po to, żeby go uchronić przed wycięciem (jego właściciele chcieli go przeznaczyć pod zabudowę). Dziś to wielki skarb Warszawy, największy teren zielony na Ursynowie, jednej z najludniejszych stołecznych dzielnic.

Nie inaczej jest w przypadku biurowców czy centrów handlowych, które do dziś powstają często w bardzo przypadkowych miejscach. Lata temu władze Warszawy pozwoliły na budowę dwóch wielkich centrów handlowych w centrum miasta – Złotych Tarasów i Arkadii. A jednocześnie dziwiły się, że umierają główne handlowe ulice Warszawy, takie, jak Marszałkowska czy Nowy Świat, przy których warszawski samorząd miał też wiele swoich lokali użytkowych (wyglądało to więc niemal jak sabotaż). Marszałkowska, jedna z dwóch najważniejszych warszawskich ulic, do dziś wygląda wieczorem jak ulica prowincjonalnego miasteczka. Jest tam ciemno i niewiele się dzieje. A powinna być rozświetlona neonami i tętniąca życiem – jak na jedną z głównych stołecznych ulic przystało.

Jaki jest efekt takiej wieloletniej polityki władz miasta? Taki, że Warszawa wciąż jest miastem brzydkim (ładne są tylko niewielkie jej fragmenty) – najbrzydszą stolicą w całej UE, z chaotyczną zabudową, miastem, w którym często nie ma gdzie zaparkować auta i które coraz bardziej się korkuje, zatyka. Miastem, gdzie jest zbyt mało terenów rekreacyjnych (dlatego tylu warszawiaków ucieka ze stolicy w weekendy). Miastem, w którym latem nie da się wytrzymać, bo tak zostało już zabetonowane, że upał jest tu dużo bardziej odczuwalny niż poza stolicą (to efekt tzw. miejskiej wyspy ciepła, której przyczyną jest to, że nagrzewają się od słońca i oddają ciepło wszystkie zabetonowane, wykostkowane i wyasfaltowane przestrzenie). Miastem, w którym jest wiele osiedli podtapianych po większych ulewach – właśnie przez zbyt gęstą zabudowę, sprawiającą, że woda z deszczu nie ma gdzie wsiąkać.

Pod tym względem będzie tylko gorzej, bo w stolicy, także w jej centrum, jest jeszcze sporo wolnych działek do zabudowania. A napór deweloperów, mieszkaniowych i biurowych, jest tu tak olbrzymi, że te działki zostaną w najbliższych latach zabudowane. W centrum Warszawy buduje się kolejne wieżowce. Jednocześnie w śródmieściu stolicy likwiduje się miejsca postojowe, zwęża się kolejne ulice, żeby oddać je w większym stopniu pieszym i rowerzystom, móc poszerzyć chodniki, wydzielić pasy dla rowerzystów. To słuszny kierunek, ale pod warunkiem, że Warszawa będzie mieć transport publiczny na takim poziomie jak stolice krajów zachodnioeuropejskich. Czyli przede wszystkim mocno rozbudowaną sieć metra i kolei naziemnej. Warszawa buduje swe metro od 37 lat i ma jak na razie niecałe dwie linie podziemnej kolejki (druga linia nie jest jeszcze ukończona). Metro w stolicy maleńkiej Danii, Kopenhadze, ma 4 linie, w Amsterdamie – 5 linii, w Lizbonie – 4 linie, w Atenach – 3 linie, w Sztokholmie – 7 linii, w Madrycie – 15 linii, a w Berlinie – 9 linii (celowo pominąłem największe europejskie miasta, bo są one dużo większe od Warszawy, więc porównanie z nimi nie byłoby miarodajne). Na dodatek wiele zachodnioeuropejskich miast ma rozbudowaną sieć – połączonych ze sobą – ścieżek rowerowych. W Warszawie ciągle takiej sieci nie ma – tych ścieżek nadal bardzo tu brakuje, zbyt wolno ich przybywa, buduje się zbyt krótkie, nie połączone z innymi odcinki. Nie powstają one nawet tam, gdzie są bardzo potrzebne, a jednocześnie jest miejsce na to, żeby je zbudować. Moja dzielnica, Wesoła, nie jest połączona ścieżkami rowerowymi nie tylko z centrum miasta, ale z sąsiednimi dzielnicami i osiedlami. Np. z Marysinem Wawerskim czy Międzylesiem (jest tam miejsce na ścieżki rowerowe, ale ich się nie buduje). Podobnie jest w wielu innych dzielnicach.

Co gorsza, bardzo wielu warszawiaków zamienia mieszkanie w stolicy na domek pod Warszawą. Ale oni dalej pracują w Warszawie, do której z podstołecznych miejscowości najwygodniej i najszybciej dojeżdża się własnym autem. To jednak potęguje i będzie jeszcze bardziej potęgować korki, nie tylko na drogach dojazdowych do stolicy, ale i w jej obrębie. W Warszawie korki tworzą się nawet w weekendy. Stolica jest pod tym względem bardzo nieprzewidywalna, bo wystarczy jedna stłuczka i jeden zablokowany na jakiś czas pas, żeby powstał gigantyczny korek. A stłuczek na warszawskich drogach jest pełno, bo wielu kierowców, a warszawskich dotyczy to w szczególności, na ogół bardzo się spieszy i jeździ agresywnie, niebezpiecznie dla innych.

Kolejny powód, dla którego odradzam przeprowadzkę do Warszawy, to polityka władz miasta, która skupia się spektakularnych, widowiskowych inwestycjach, na centrum stolicy, kosztem dzielnic peryferyjnych. Dzielnic peryferyjnych, które w Warszawie od lat są zaniedbywane. W mojej dzielnicy, Wesołej, wciąż są uliczki, które nie mają kanalizacji. O chodniku, twardej nawierzchni (z kostki lub asfaltu) czy o latarniach ulicznych, nie wspominając. Tej wiosny budowali kanalizację na 100-metrowej uliczce naprzeciwko naszego domu, na Lawendowej, ale zbudowali ją tylko na części tej ulicy. Zapytałem kierownika tych prac, dlaczego nie zbudują kanalizacji od razu dla całej ulicy. Odpowiedział: „Brak funduszy”. Ale dodał: „To wstyd, żeby w stolicy kraju było jeszcze tyle ulic bez kanalizacji”. Bo rzeczywiście ulic bez kanalizacji jest w Warszawie jeszcze bardzo dużo. Ale jak to powiedział mi kiedyś jeden z warszawskich samorządowców: zakopanych rur nie widać, a poza tym media nie poinformują o wybudowaniu kolejnego odcinka kanalizacji. Dlatego władze Warszawy wolą inwestować w efektowne „gadżety”. Takie, jak bulwary nad Wisłą czy kładka dla pieszych przez tę rzekę. To oczywiście świetne inwestycje, też potrzebne miastu, upiększające je, ale nie może być tak, że w centralnych dzielnicach buduje się rzeczy, które nie należą do pilnych potrzeb mieszkańców, a jednocześnie duże części peryferyjnych dzielnic wciąż nie mają podstawowej infrastruktury. Obawiam się jednak, że to prędko się nie zmieni. Moja ulica, Stokrotki, w Wesołej, jest potwornie dziurawa i wyboista, pokrywają ją rozpadające się już ze starości płyty betonowe. Miała być modernizowana jeszcze w 2013 r. – tak obiecywały ówczesne władze dzielnicy. I do dziś z tej obietnicy się nie wywiązały.

Takich ulic, a nawet jeszcze gorszych (bo w żaden sposób nie utwardzonych: to drogi z ubitej ziemi), jest w Wesołej, ale i w innych peryferyjnych warszawskich dzielnicach (np. w Wawrze), jeszcze mnóstwo. I nie wygląda na to, żeby władze miasta specjalnie się tym przejmowały. Wolą ogłaszać, że będą budować kładkę dla pieszych przez Wisłę albo trzecią linię metra.

Jest więc tak: centralne dzielnice Warszawy są zadbane i doinwestowane (nie licząc kamienic z roszczeniami, czyli brak uregulowanej reprywatyzacji – kolejne wielkie zaniedbanie władz Warszawy), a peryferyjne – zaniedbane i niedoinwestowane. Z drugiej jednak strony centrum miasta jest betonową pustynią, jest tam głośno, latem panuje koszmarny upał, powietrze jest bardzo zanieczyszczone od spalin samochodowych. A na dodatek są tam koszmarnie drogie mieszkania: dochodzą do 20 tys. zł za metr kwadratowy. Z tego powodu wielu wybiera warszawskie przedmieścia: bo tańsze mieszkania, bo bardziej zielono, ciszej, spokojniej. Ale potem denerwuje się, że te przedmieścia są przez władze miasta zaniedbywane.

Pisze o tych wszystkich problemach – od wielu lat – popularny stołeczny dodatek „Gazety Wyborczej”, ale i temu wpływowemu medium nie udało się tego przełamać. I moim zdaniem to w najbliższych latach się nie zmieni. M.in. dlatego, że w warszawskim, bardzo upartyjnionym samorządzie polityka wygrywa z ideą samorządności. Władze mojej dzielnicy nie starają się sprostać potrzebom mieszkańców, bo w mojej dzielnicy od lat rządzi PO i będzie w niej dalej rządzić – nawet gdyby rządziła jeszcze fatalniej. Bo w mojej dzielnicy nigdy nie wygra PiS (i bardzo dobrze, że nie wygra), a lokalne, niepartyjne grupy są za słabe, żeby wygrać tu wybory samorządowe. I tak jest w większości innych warszawskich dzielnic. Więc dzielnicowe władze z PO nie muszą się specjalnie starać: bo nie mają z kim przegrać, przynajmniej na razie. Lepiej jest tylko tam, gdzie dzielnicowy samorząd nie jest zdominowany przez partie polityczne. Ale w Warszawie to są wyjątki. Takie są skutki samorządowej proporcjonalnej ordynacji wyborczej, obowiązującej we wszystkich polskich miastach i gminach powyżej 20 tys. mieszkańców. Ta ordynacja sprawia, że samorządy tych miast i gmin opanowywane są przez partie polityczne, czego skutki bardzo często są opłakane.

W tym artykule nie wyczerpię tytułowego tematu. Ale chciałbym zasygnalizować jeszcze jedną rzecz. Jeśli przeprowadzisz się do Warszawy, ryzykujesz, że Twoja rodzina, Twoje życie prywatne, będą musiały zejść na drugi plan. Że zbyt dużo czasu, kosztem rodziny i życia prywatnego, będziesz musiał poświęcać na pracę i dojeżdżanie do niej. Standardowe godziny pracy w stolicy to 9-17, godziny idiotyczne, sprawiające, że bardzo często wraca się z pracy do domu o godz. 18 i później. Takie godziny pracy wprowadziły i uczyniły powszechnie obowiązującym standardem wszeochobecne w stolicy zachodnie korporacje. Życie w Warszawie jest drogie, drogie są sklepy, usługi, knajpy, kina, teatry. Potwornie drogie są mieszkania, domy i działki budowlane. Dużo kosztują dojazdy do pracy (szczególnie jeśli dojeżdża się własnym autem) i jedzenie w niej obiadów (co wymuszają przyjęte powszechnie godziny pracy). Żeby na to wszystko zarobić, trzeba mieć niemałą pensję. Tymczasem większość dobrze płatnych miejsc pracy w Warszawie przypada na korporacje (które często są bardzo niefajnymi miejscami pracy i gdzie zwykle pracuje się dłużej niż 8 godzin dziennie, gdzie najczęściej awansują i stają się szefami pracoholicy) lub na te miejsca, gdzie lwią część najlepiej opłacanych posad biorą „partyjniacy” oraz ich rodziny i przyjaciele – czyli centrale bogatych państwowych spółek, zamożniejsze państwowe instytucje (np. NBP), a także warszawski i wojewódzki samorząd oraz podlegające im instytucje i firmy.

Ale to wszystko już teraz prowadzi do kolejnej wielkiej bolączki Warszawy: problemu ze znalezieniem pracowników na najsłabiej opłacane stanowiska. Mają z tym wielki kłopot m.in. warszawskie sądy. Mój siostrzeniec pracuje w stołecznym sądzie, w zaopatrzeniu, ale zarabia tam tyle, że nie stać go na wynajęcie kawalerki w stolicy i jej bliskim sąsiedztwie. Stać go tylko na pokój. Komunalnego mieszkania dostać nie może, bo powiedzieli mu, że ma na to za wysoki dochód. Takie osoby z Warszawy uciekają (mój siostrzeniec chce wyjechać do pracy na zachód Europy). Jak stolica sobie z tym radzi? Zasysa pracowników z połowy Mazowsza, którzy codziennie dojeżdżają do pracy w stolicy, czasem pokonując nawet 100 km w jedną stronę. Ale to kolejny powód korków w stolicy: bo jakoś ci wszyscy ludzie muszą do Warszawy dojechać.

Reasumując, powtórzę, że w Warszawie będzie mieszkać się coraz gorzej. I coraz drożej (czego przykładem jest ostatnia drastyczna podwyżka za wywóz śmieci w stolicy – mój przyjaciel, mający czwórkę dzieci, ma płacić teraz za odbiór śmieci ponad 400 zł miesięcznie). Warszawa już dziś nie jest warta tych pieniędzy, jakie trzeba w niej zapłacić za kupno/wynajem mieszkania lub domu czy za zakup działki budowalnej. Dlatego odradzam Wam przeprowadzkę do stolicy. Bo wyższe zarobki w Warszawie nie zrekompensują Wam potwornie drogich w tym mieście nieruchomości, wysokich kosztów życia, nie mówiąc o innych niedogodnościach mieszkania w wielkim mieście. W Polsce jest już wiele miejscowości, gdzie można żyć na materialnym poziomie nie gorszym niż w stolicy. A żyje się tam lepiej niż w Warszawie. I o takich miejscowościach w naszym serwisie będziemy pisać.