Jacek Krzemiński | 20.03.2021

Czy to dobrze, że rząd nadal walczy z wiatrakami?

W 2016 r. PiS opracował i przegłosował w Sejmie tzw. ustawę odległościową, która praktycznie zablokowała możliwość budowy nowych elektrowni wiatrowych w naszym kraju. Od tego czasu mogły u nas bowiem powstawać w zasadzie tylko te farmy wiatrowe, które już wcześniej (przed wprowadzeniem ustawy odległościowej) miały pozwolenia na realizację. Dlaczego? Dlatego, że ta ustawa wprowadziła osławioną zasadę 10H. Oznaczającą, że wiatraki mogą być budowane w takiej odległości od budynków mieszkalnych, która odpowiada co najmniej 10-krotności wysokości tychże wiatraków.

Problem w tym, że wiatraki są coraz wyższe (bo wyżej mocniej wieje) i dziś mają ponad 150 metrów wysokości. Czyli w Polsce nie mogą być budowane bliżej niż 1,5 km od domów. Ale w naszym kraju prawie nie ma miejsc (nie licząc parków narodowych i rezerwatów, w których elektrowni wiatrowych nie można budować), gdzie w promieniu 1,5 km nie znajdują się żadne budynki mieszkalne.

Te przepisy mają jeszcze jeden skutek. Jeśli ktoś ma grunty w odległości mniejszej od istniejących już wiatraków niż wynikałoby z zasady 10H, to nie może na nich zbudować domu czy przekształcić je na tereny budowlane. Czyli nawet jeśli sąsiedztwo wiatraków mu nie przeszkadza, to i tak nie może koło nich się budować. Wiele osób planowało budować domy na takich gruntach, ale po wprowadzeniu w 2016 r. ustawy odległościowej już nie mogło tego zrobić. Czy to jest fair? Moim zdaniem nie.

PiS wprowadził takie przepisy w reakcji na liczne protesty przeciwko budowie elektrowni wiatrowych. I pewnie należało te inwestycje jakoś bardziej unormować (tak, żeby nie były lokalizowane zbyt blisko domów), ale to, co zrobiła ekipa rządząca, było klasycznym „wylaniem dziecka z kąpielą”, czystym populizmem, podyktowanym chęcią zdobycia poparcia ze strony protestujących przeciwko farmom wiatrowym (wydawało się, że to całkiem spora grupa). Ekipa rządząca posunęła się w tym tak daleko, że zamiast ucywilizować tę branżę, niemal ją zlikwidowała.

Do 2016 r. elektrowni wiatrowych przybywało w Polsce bardzo szybko. Po wprowadzeniu ustawy odległościowej ten wiatrakowy boom zamarł. Nowych siłowni wiatrowych zaczęło pojawiać się bardzo niewiele. Wtedy miałem na ten temat inne zdanie, to znaczy nie ubolewałem nad tym, ale potem uświadomiłem sobie, jak bardzo się myliłem (myliłem się, bo wówczas za mało na ten temat wiedziałem). Dlaczego?

Po pierwsze trudno znaleźć inny kraj w UE, w którym przepisy dotyczące odległości elektrowni od budynków mieszkalnych byłyby tak restrykcyjne jak w Polsce. Zwykle ta minimalna odległość – farm wiatrowych od domów – wynosi nie więcej niż pół kilometra. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w zapewnienia, że elektrownie wiatrowe nie są szkodliwe dla ludzkiego zdrowia (nie ma dowodów na to, że są szkodliwe), to pół kilometra jest wystarczającą odległością. Dlatego taką odległość przyjmowano w innych krajach.

Po drugie elektrownie węglowe w Unii Europejskiej muszą już – na skutek unijnej polityki klimatycznej – tak dużo płacić za emisję dwutlenku węgla (i będą za nią płacić coraz więcej), że przestają one być opłacalne, mają tak wysokie koszty, że zaczynają produkować prąd bardzo drogo. Dlatego w Polsce gwałtownie rośnie import prądu – z sąsiednich krajów, gdzie jego hurtowe ceny są niższe niż u nas. Są niższe dzięki temu, że mają one bardziej rozwiniętą energetykę atomową i odnawialną oraz dużo mniejszy od Polski udział elektrowni węglowych w produkcji energii elektrycznej.

Z tego powodu bardzo przydałoby się w naszym kraju – i to pilnie – jak najwięcej elektrowni, które za emisję dwutlenku węgla płacić nie muszą. Tym bardziej, że i tak zobowiązują nas do tego wymogi unijne (zobowiązujące kraje członkowskie do stopniowego zwiększania udziału odnawialnych źródeł energii w produkcji prądu). W tym najbardziej i najszybciej pomogłyby nam elektrownie wiatrowe, m.in. dlatego, że są dużo bardziej wydajne niż elektrownie słoneczne (fotowoltaiczne). Polska wprawdzie planuje budowę morskich elektrowni wiatrowych, na Bałtyku, ale do tego droga bardzo daleka. Jeszcze dalsza jest w przypadku elektrowni atomowych, które też nie płacą za emisję dwutlenku węgla, bo emitują go w symbolicznych ilościach. To znaczy, że minie wiele lat, zanim one powstaną.

Dużo szybciej moglibyśmy zbudować dziesiątki lądowych elektrowni wiatrowych. Bardzo skorzystałyby na tym liczne samorządy i społeczności lokalne. Bo duża elektrownia wiatrowa to duże wpływy do kasy samorządu z podatku od nieruchomości. To jest nie do przecenienia szczególnie w niezamożnych, rolniczych gminach wiejskich, gdzie są najlepsze warunki do budowy farm wiatrowych. Polskie gminy, w których duże elektrownie wiatrowe już powstały, nie żałują tego. Bo mają miliony złotych rocznie dodatkowych wpływów z podatku od nieruchomości. Dzięki temu mogą szybciej się rozwijać, więcej inwestować, bardziej dbać o dobre warunki życia dla swych mieszkańców. Dobrym tego przykładem jest chociażby gmina Margonin.

Rząd wprawdzie zapowiedział ostatnio, że zliberalizuje ustawę odległościową, ale nie zamierza z niej usuwać zasady 10H. A bez usunięcia tej zasady prawie nic się nie zmieni. I dla tych, którzy chcieliby zbudować dom na swojej działce, ale działka jest bliżej elektrowni wiatrowej niż wynikałoby to z zasady 10H. I dla samorządów, które chciałyby, by powstały na ich terenie elektrownie wiatrowe. I dla inwestorów, których pojawiłoby się bardzo wielu (energetyka wiatrowa to na świecie jedna z najszybciej rozwijających się branż), gdyby zamiast zasady 10H wprowadzić wymóg, że elektrownie wiatrowe nie mogą być budowane bliżej niż pół kilometra od domów.

Czy więc dobrze, że polski rząd wciąż walczy z wiatrakami? To pytanie, w świetle tego, co wyżej napisałem, jest retoryczne.

Jacek Krzemiński

Autor był w latach 2017-2019 szefem Serwisu Samorządowego Polskiej Agencji Prasowej – samorzad.pap.pl, wcześniej m.in. rzecznikiem prasowym Ministerstwa Środowiska, a w 2019 r. jednym z trzech laureatów konkursu dziennikarskiego Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska.