Jacek Krzemiński | 28.03.2021

Wyprowadzamy się z Warszawy – na wieś

W Warszawie mieszkam już 25 lat. I wkrótce przeprowadzam się z niej na wieś. I to nie taką podwarszawską, ale odleglejszą, usytuowaną o 50 km od stolicy. Dlaczego to robię?

Zanim odpowiem na to pytanie, napiszę, gdzie się przeprowadzam – razem z moją 5-osobową rodziną (ja, żona i troje naszych dzieci). To Mistów, w gminie Jakubów, koło Mińska Mazowieckiego. Miejsce, w którym warto mieszkać, ale o tym dlaczego warto tam mieszkać, napiszę w osobnym artykule. Dziś napiszę o tym, dlaczego postanowiliśmy się wyprowadzić z Warszawy.

Po pierwsze mnie i mojej żonie marzył się dom. Mieliśmy wprawdzie duże, wygodne, 5-pokojowe mieszkanie, tzw. bezczynszowe, w fajnej okolicy (osiedle Stara Miłosna) i w fajnej dzielnicy (Wesoła). Ale mieszkanie to jednak nie dom. W Warszawie lub jej bezpośrednim sąsiedztwie działki budowlane i domy są koszmarnie drogie. By kupić tu porządny dom lub kupić działkę i wybudować na niej dom, trzeba wydać co najmniej milion złotych. W naszym przypadku nie wchodziło to w grę, nie byłoby nas na to stać. Dlatego szukaliśmy działki dalej. Najpierw w okolicach Halinowa, ale i tam było dość drogo (200 zł za metr). A jeśli były nawet działki w naszym zasięgu (cenowym), to na ogół na jakimś wygwizdowie, przy drodze z ubitej ziemi, bez chodnika, bez latarni ulicznych, bez kanalizacji, o gazie nie wspominając. Daleko od szkoły, przedszkola, sklepów, apteki, przychodni, przystanku autobusowego, stacji kolejowej itd. Mnóstwo ludzi z Warszawy wyprowadziło się w takie miejsca, pod stolicą, wybudowało dom niemal w szczerym polu, i dziś jest szoferami swoich dzieci. Bo wszędzie trzeba je zawozić autem.

Potem szukaliśmy działki w Dębem Wielkim i jego sąsiedztwie. Ale tam było podobnie. Działki do kupienia na ogół tylko gdzieś na obrzeżach miejscowości, bez kanalizacji, bez porządnej drogi, chodnika. I wszędzie daleko.

Wtedy przypadkiem znaleźliśmy działkę budowlaną do kupienia w Mistowie. 85 tys. zł za 1000 metrów kwadratowych. Dużo taniej niż w Dębem Wielkim (tam ceny zaczynały się od 120 zł za mkw.). I do tego przy asfaltowej drodze (powiatowej) z chodnikiem i latarniami, z wodą, prądem i kanalizacją, w centrum wsi, 100 metrów od przystanku i najbliższego sklepu, 200 metrów od szkoły. Co więcej, działka była objęta planem zagospodarowania przestrzennego, co oznacza, że szybciej dostaniemy pozwolenie na budowę (bo nie musimy wcześniej występować o decyzję o warunkach zabudowy, czyli o tzw. wuzetkę) i wiemy, co będzie mogło powstać w naszym sąsiedztwie.

Trochę to jednak trwało, zanim zdecydowaliśmy się na jej zakup. Ale w końcu decyzja zapadła. Kupiliśmy tę działkę we wrześniu zeszłego roku. Mamy już gotowy projekt domu, umowę z wykonawcą, wystąpiliśmy o pozwolenie na budowę, którą chcemy zacząć i skończyć jeszcze w tym roku (nasz dom będzie budowany w technologii kanadyjskiej, konstrukcji szkieletowej, a taki dom dużo szybciej się buduje). I absolutnie nie żałujemy tej decyzji.

Będziemy wprawdzie mieszkać dość daleko od Warszawy, ale to przeszkadzałoby nam tylko wtedy, gdybyśmy musieli dojeżdżać tam do pracy. Ale tak nie jest. Ja pracuję zdalnie, a moja żona przekwalifikowała się na nauczycielkę i w tym zawodzie może pracować niemal wszędzie. Mistów to zdecydowanie lepsza opcja niż podwarszawskie miejscowości, gdzie nie dość, że jest bardzo drogo (mimo że często brakuje tam takich podstawowych rzeczy jak kanalizacja czy asfaltowa droga, a szkoły i przedszkola są zapchane – przez tłum warszawiaków, który tam się przeprowadził), to jeszcze brzydko. Bo panuje tam zazwyczaj architektoniczny i przestrzenny chaos, buduje się tam bez ładu i składu, gdzie popadnie, nie dbając o to, czy to wszystko układa się w harmonijną, spójną, ładną całość.

Marzyliśmy o domu, a ja marzyłem też o przeprowadzce na wieś. Jestem zmęczony Warszawą. Jej brzydotą (jeszcze większy chaos architektoniczny i przestrzenny niż w miejscowościach podwarszawskich, nowe blokowiska), korkami, problemem z miejscami do parkowania, niemal wszechobecnym tłokiem (bo co z tego np., że gdzieś jest fajny plac zabaw, skoro są tam tłumy). Tym, że trudno znaleźć w niej miejsce, gdzie nie ma samochodowego hałasu. Tym, że w Warszawie nawet na osiedlach domków jednorodzinnych sąsiedzi na ogół się nie znają, są anonimowi. Na moim osiedlu domy buduje się bardzo gęsto, intensywnie, na maleńkich działkach, między domy jednorodzinne wciskają się bloki (zwane nie wiedzieć czemu apartmentowcami). A co najgorsze wycina się lasy pod zabudowę i zabudowuje tereny rekreacyjne. I tak jest w wielu miejscach w Warszawie (np. w sąsiednim Wawrze). A efektem tego są nie tylko korki, bardziej dokuczliwe upały, bardziej zanieczyszczone powietrze, ale i tzw. lokalne podtopienia (bo jak się wszystko betonuje, buduje na bardzo małych działkach, to woda po ulewnych deszczach nie ma gdzie wsiąkać). Nasze osiedle nieraz było z tego powodu zalane.

Warszawa od bardzo wielu lat, odkąd w niej mieszkam, czyli od połowy lat 90. XX w., jest miastem źle zarządzanym. Gdzie w samorządzie polityka wygrywa z ideą samorządności, oddolności, ze społeczeństwem obywatelskim, a miastu od dawna brakuje gospodarza z prawdziwego zdarzenia. To temat-rzeka. Może kiedyś więcej o tym napiszę. A teraz dam tylko kilka przykładów złego zarządzania tym miastem. Przykład pierwszy: w najbogatszym polskim mieście, Warszawie, której samorząd ma nieporównanie większy budżet niż inne duże polskie miasta, wciąż jest bardzo wiele ulic (i to nie tylko na peryferiach), które nie mają kanalizacji, porządnej, twardej nawierzchni (asfaltowej lub z kostki), chodników czy latarni ulicznych. I dotyczy to także od dawna istniejących, gęsto zabudowanych osiedli. Takich, jak Stara Miłosna (10 tys. mieszkańców), w której mieszkam od 14 lat i wciąż nie mogę się doczekać, by na mojej ulicy, Stokrotki, 20-letnie, rozpadające się, pokruszone betonowe płyty wymieniono na kostkę czy asfalt. Ale sąsiedzi z pobliskich ulic, np. z Lawendowej, mają jeszcze gorzej, bo nie mają kanalizacji, a ich ulica ma nawierzchnię z ubitej ziemi. Choć stoi tam dom koło domu, i to od wielu lat. Takich ulic na naszym osiedlu jest jeszcze wiele.

Przykład drugi: jadąc ze Starej Miłosny do centrum Warszawy, trzeba przemierzyć Trakt Brzeski, jedną z najruchliwszych i najważniejszych ulic w mieście, której jezdnia w stronę Śródmieścia na tym odcinku (kilkumetrowym) jest w połowie (cały prawy pas) bardzo wyboista, dziurawa jak szwajcarki ser i od lat nie może doczekać się remontu.

Przykład trzeci: gdy niedawno spadło sporo śniegu, bardzo wiele ulic na naszym osiedlu nie doczekało się odśnieżenia. I dotyczyło to nawet większych, zbiorczych ulic. A część tych głównych została odśnieżona dopiero po 2-3 dniach. Podobnie było w sąsiedniej dzielnicy Wawer, gdzie np. nie odśnieżono ul. Azalii, przy której stoi szkoła podstawowa i duże przedszkole. W Mistowie, gdzie będziemy budować dom, ulicę przy naszej działce odśnieżono tego samego dnia, którego spadł śnieg. A to półrolnicza gmina wiejska, nieporównanie uboższa niż Warszawa.

I to by było na tyle w temacie rzekomej wyższości Warszawy nad resztą Polski.

Przeczytaj też: https://domekiogrodek.pl/oplaty-za-wywoz-smieci-w-stolicy-gwatownie-wzrosna-wieksze-rodziny-mog-zapacic-krocie-mi-310321

Jacek Krzemiński